Rozdział VII

yachtPoprzez ocean Spokojny, od wysp Żółwich do archipelagu Mangarewa.

Otóż 30 lipca opuściłem Puerto Chico, nieduży port gdzie zatrzymałem się w ciągu 10 dni. Świeży i pomyślny wiatr południowy dopomógł mi tym razem wyminąć z łatwością rafę Schiavoni i fale przyboju przy cyplu Lido. Wychodząc z portu, skierowałem się na zachód, aby z północnej strony ominąć niebezpieczną rafę Mac Gowen i przejść pomiędzy wyspami Santa Fe i Santa Maria. Po południu wiatr wzmógł się, podniosła się duża fala i, rzecz ciekawa, zrobiło się chłodno, pomimo tego, iż znajdowałem się prawie na równiku. Zaczął padać silny deszcz. San Cristobal szybko znikł mi z oczu i z trudnością tylko mogłem dostrzec po prawej burcie Santa Fe, leżące przede mną.

W ciągu nocy Firecrest żeglował samosterownie, lecz mając dokoła tyle wysp musiałem dobrze uważać i co chwila wyglądałem na pokład, starając się przebić wzrokiem ciemności nocne. Prąd Humboldta bowiem odnosił mnie na zachód i gdyby Firecrest zmienił kurs mógłby zostać wyrzucony na rafy. Wszystko jednak poszło zupełnie dobrze. Nad ranem miałem już wyspę Floreanę ponad sobą w kierunku wschodnim. Wyspa Isabella była już widoczna a wyspa Tortuga leżała na północnym zachodzie.

Byłem już poza wszelkim niebezpieczeństwem i zmieniłem kurs na WSW, w kierunku archipelagu Mangarewa, odległego o 3200 mil. Z wielkim żalem musiałem zrezygnować z zamiaru odwiedzenia wyspy Wielkanocnej z jej olbrzymimi i tajemniczymi posągami, a to z różnych powodów, z których najważniejszym był ten, iż wyspa ta nie miała dostatecznie zabezpieczonego portu i prawdopodobnie nie mógłbym zejść na ląd, pozostawiając Firecresta na kotwicy.

Wyspy Markizy, leżące pomiędzy 8°30 a 10° szer. płd., były odległe o 3000 mil. Biorąc pod uwagę wschodni wiatr zwrotnikowy (passat) i szybkość prądu równikowego, wahającą się od 10 do 70 mil na dobę, byłaby to dla mnie najkrótsza i najłatwiejsza droga. Odwrotnie, aby dosięgnąć archipelagu Mangarewa. znajdującego się na 23° szer. płd., musiałbym porzucić pas wiatrów zwrotnikowych, natrafiając na strefę ciszy, burz i prądów przeciwnych. U Stevensona i Melville’a czytałem pełne entuzjazmu opisy Markizów, a jednak skierowałem się właśnie w kierunku wyspy Mangarewa, ponieważ nigdy o nich nic nie słyszałem i miały dla mnie urok rzeczy nieznanych.

Podróż moja zapowiadała się bardzo dobrze. Dął świeży wiatr i Firecrest szybko posuwał się naprzód. Nazajutrz, po opuszczeniu wysp Galapagos, miałem niespodziankę: duża ryba (Thynnus Pelamys) o prążkowanym brzuchu wyskoczyła z wody i. uderzywszy się o grot na wysokości około 4 metrów, spadła na pokład. Ważyła z piętnaście kilo i przyrządzając ją. myślałem, że jednak szczęściem jest dla mnie, iż rekiny i wieloryby nie wyprawiają podobnych harców.

Statek mój szedł pełnym bocznym wiatrem, przy którym osiąga największą szybkość, sterując się sam, bijąc wszystkie swoje rekordy. Dotychczas najlepszym wynikiem samosterownej żeglugi było sto pięć mil w ciągu doby, a podczas pierwszych czterech dni mojej podróży osiągnąłem kolejno 113, 144, 122 i 122 mile, wychodząc na pokład jedynie, aby zamienić lub spleść na nowo zniszczone przez tarcie części takielunku.

Następnie wiatr osłabł i zaczął dąć więcej od tyłu, wobec czego musiałem spuścić grot. Szybkość moja zmniejszyła się do 80 mil na dobę, lecz miałem za to dużo wolnego czasu i mogłem uszyć dwa nowe żagle.

Komentarze są wyłączone

Comments are closed.